Dama i kochanka cz. 1

Witaj 馃檪 Dzisiaj zapraszam Ci臋 na pierwszy rozdzia艂 ksi膮偶ki, kt贸r膮 jako pierwsz膮 wyda艂am z wydawnictwem. Poprzednie wydawa艂am samodzielnie, wi臋c jest to ca艂kiem nowe doswiadczenie.

„Dama i kochanka” powsta艂a lata temu, ale oczywi艣cie to nie jest pierwotna wersja, du偶o w nij zmieni艂am, zako艅czenie ca艂kowiecie.

Zapraszam Ci臋 do czytania i oczywi艣cie do komentowania! Bo te偶 lubi臋 Was czyta膰 馃檪

Rozdzia艂 1

– 呕e te偶 takiego g艂upca musia艂a艣 wyda膰 na 艣wiat! – W艣cieka艂 si臋 siwiej膮cy ju偶 m臋偶czyzna. – Gdyby mia艂 cho膰by siostr臋, to j膮 mimo p艂ci uposa偶y艂bym i przekaza艂 zarz膮dzanie maj膮tkiem! A tak co? Hulaka i wszetecznik z niego wyr贸s艂 i jedynie zabawa mu w g艂owie! Komu mam przekaza膰 maj膮tek?

呕ona Antoniego s艂ucha艂a zastanawiaj膮c si臋, co pocz膮膰 z rozbuchaniem jedynego syna. Faktem by艂o, 偶e urodziwym go powi艂a i ju偶 od dziecka 艂ama艂 serca kobietom. Najpierw opiekunkom, p贸藕niej guwernantkom. Wpierw niewinno艣ci膮 i s艂odkim u艣miechem, p贸藕niej przystojn膮 twarz膮 i urokiem osobistym.
Kocha艂a nad 偶ycie jego i m臋偶a swojego r贸wnie偶 i chcia艂aby obu pogodzi膰, lecz nijako nie by艂a w stanie.
M膮偶 potrzebowa艂 nast臋pcy fabryk, syna m膮drego i statecznego. Kogo艣, komu m贸g艂by zaufa膰 on, jak i banki. Kogo艣 o wiele dojrzalszego, ni偶 syn Ignacy. Wykszta艂conego, oczytanego, nie podlegaj膮cego porywom instynkt贸w.

Ignacy lekkoduch, Ignacy rozpustnik nic sobie nie robi膮cy z czekaj膮cych na niego obowi膮zk贸w, fortuny kt贸r膮 musi si臋 w ko艅cu zaopiekowa膰. Ignacy czaru艣 i obiekt po偶膮dania dla wi臋kszo艣ci kobiecej cz臋艣ci miasta. Najlepsza partia, by po艣lubi膰 maj膮tek, lub po rozwodzie otrzyma膰 艣wietne uposa偶enie na reszt臋 偶ycia. Jakkolwiek Ignacy uwielbia艂 kobiece towarzystwo, to jednak zdawa艂 sobie spraw臋 z oczywisto艣ci. Wiedzia艂, 偶e poza urod膮, najmocniejszym wabikiem by艂 maj膮tek ojca i nie podejrzewa艂 偶adnej z kochanek o obdarzenie go g艂臋bszym uczuciem.

***

– Jeste艣 istn膮 artystk膮 鈥 wyj臋cza艂 Ignacy, patrz膮c na starania najnowszej kochanki.
– Uchm. – Tyle tylko zdo艂a艂a wydusi膰, gdy偶 usta, oraz spor膮 cz臋艣膰 gard艂a blokowa艂o jej przyrodzenie Ignacego.

Poddawa艂 si臋 temu bezwolnie. Nie musia艂 nic, zap艂aci艂 za to.

Adela by艂a tancerk膮 i wyj膮tkowo pi臋kn膮 istot膮. Nie do rozm贸w si臋 nadawa艂a, ale do zabaw cielesnych i mo偶e jeszcze do bycia ogl膮dan膮. Ta艅czy艂a r贸wnie pi臋knie, co si臋 kocha艂a. Gi臋tko艣膰 jej cia艂a zadziwia艂a Ignacego nieustannie. Teraz r贸wnie偶 m贸g艂 podziwia膰 lini臋 plec贸w i wygi臋ty w 艂uk kr臋gos艂up, dzi臋ki czemu k臋pka w艂os贸w mi臋dzy jej udami widoczna by艂a dla niego pod dziwnym k膮tem.
Czu艂, 偶e chwila jedynie dzieli go od finiszu w ustach kochanki. Zacisn膮艂 palce na czerni lok贸w i wbi艂 si臋 jeszcze g艂臋biej. Wiedzia艂, 偶e j膮 przydusi, 偶e si臋 zakrztusi, lecz tego w艂a艣nie pragn膮艂. Spu艣ci膰 si臋 w ciep艂e gard艂o.
Zap艂aci艂 za to nie tyle Ignacy, co jego ojciec. Mieszkanie, w kt贸rym 偶y艂a 艣liczna tancereczka, wynaj臋te by艂o przez Ignacego, ale on sam nie sypia艂 w tak skromnym miejscu. Lubi艂 przepych, przyzwyczai艂 si臋 do niego i nie zamierza艂 rezygnowa膰 z wyg贸d takich, jak chocia偶by wielka wanna i s艂u偶ba dope艂niaj膮ca j膮 gor膮c膮 wod膮 na 偶yczenie.

– Adelo. – Otar艂 艂ezk臋, kt贸ra wywo艂ana wysi艂kiem przyduszenia, wymkn臋艂a si臋 z oka dziewczyny. – Nie zas艂uguj臋 na takie czary.
– Zas艂ugujesz. – Przyj臋艂a z u艣miechem komplement. – Zas艂ugujesz na jeszcze wi臋cej.

Wiedzia艂, co ma na my艣li. Nie ona pierwsza o艣wiadczy艂a si臋 Ignacemu. On sam nie mia艂 z艂udze艅, co by艂o powodem. Pieni膮dze to powodowa艂y i to im najch臋tniej za艂o偶y艂yby te wszystkie kobiety obr膮czk臋.
Nie planowa艂 o偶enku teraz, ani w najbli偶szym czasie. Mo偶e nigdy.

– Ustatkowa艂by艣 si臋 wreszcie, Ignac! – To ojciec zn贸w powtarza艂 swe p艂onne 偶yczenie. – Znalaz艂by艣 m膮dr膮 kobiet臋, kt贸ra urodzi艂aby ci syna i mo偶e wtedy przesta艂by艣 tak szale膰. Kochank臋 przecie偶 mo偶esz mie膰 nadal, ale hulaszczy tryb 偶ycia czas wreszcie zamieni膰 na rozs膮dek! Nie b臋d臋 finansowa艂 twoich zabaw do ko艅ca 偶ycia. Od dawna nie jeste艣 ju偶 dzieckiem.
– Tak ojcze. 鈥 Przytakiwa艂 zazwyczaj, ciesz膮c si臋, 偶e rozmowa dobiega ko艅ca. – Masz racj臋. Co艣 z tym wreszcie zrobi臋. – Sk艂ada艂 obietnic臋 bez pokrycia.

Jak zwykle.

***

– Powiedz mi kobieto, co zrobi膰. – 呕ona Antoniego siedzia艂a u staruszki jak zwykle, gdy dopada艂y j膮 w膮tpliwo艣ci i musia艂a zasi臋gn膮膰 rady.

Od lat wielu ju偶 pyta艂a o rad臋 wr贸偶k臋, a ta m贸wi艂a jej, co widzi w rozk艂adanych przez siebie kartach. Starowinka nie w karty patrzy艂a, ale w przysz艂o艣膰, lecz musia艂a jako艣 uwiarygodni膰 swoje s艂owa, nada膰 ich pochodzeniu symbolik臋.

– Trzeba znale藕膰 Ignacemu kobiet臋 鈥 zaskrzypia艂a cicho starowinka.
– Szuka艂am, ale jego 偶adna nie interesuje! 鈥 Ludwika nie kry艂a wzburzenia. – Je艣li nawet na kt贸r膮艣 zwr贸ci oczy, to tylko w jednym celu. Po osi膮gni臋ciu go traci zainteresowanie i szuka nowej zdobyczy.
– To nie mo偶e by膰 byle dziewucha z 艂adn膮 buzi膮. – Zaszele艣ci艂 m膮dry g艂os. – Czystej duchem trzeba szuka膰, ale takiej, kt贸ra go zachwyci i nie dopu艣ci do siebie.
– Czyli gdzie szuka膰? – Zainteresowa艂a si臋 Ludwika.

I przedstawi艂a babulina Ludwice sw贸j pomys艂. Matka hulaki s艂ucha艂a z pocz膮tku wzburzona, lecz w miar臋 rozmowy nabiera艂a pewno艣ci, 偶e to mo偶e si臋 uda膰.

***

– Jeste艣 ulubionym kompanem zabaw mojego syna. – Ludwika wy艂amywa艂a nerwowo palce.

Przygotowywa艂a si臋 do tej rozmowy od tygodnia i wiedzia艂a, 偶e nie b臋dzie ona 艂atwa. Nie do艣膰, 偶e mia艂a prosi膰 m艂odego cz艂owieka o p艂atn膮 przys艂ug臋, to jeszcze musia艂 jej plan pozosta膰 nieznanym dla Antoniego.

– Znasz Ignacego od dziecka i wiesz, co ceni w ludziach. – Walczy艂a ze 艣ciskiem w gardle.
– W ludziach? – Tadeusz czu艂, czego mo偶e dotyczy膰 rozmowa.
– W kobietach – u艣ci艣li艂a Ludwika.
– Z ca艂ym szacunkiem, ale on ceni jedn膮 kobiet臋 i jest ni膮 szanowna pani. – Tadeusz sk艂oni艂 uprzejmie czo艂o.
– No w艂a艣nie. – Przytakn臋艂a. – Chc臋 ci臋 prosi膰, by艣 pom贸g艂 mi zmieni膰 ten fakt.

I nakre艣li艂a Tadeuszowi sw贸j pomys艂 wzgl臋dem niego samego.
Pierwsz膮 my艣l膮, jaka przysz艂a Tadeuszowi do g艂owy by艂a ta, 偶e starsza pani oszala艂a.
Im d艂u偶ej jednak s艂ucha艂, tym szerzej otwiera艂y mu si臋 oczy i zastanawia艂 si臋, sk膮d taka nagroda od 偶ycia i za co. Wygl膮da艂o na to, 偶e dzi臋ki spe艂nieniu pro艣by matki Ignacego, mo偶e sobie 偶y膰 w dostatku, bez martwienia si臋 o 艣rodki na 偶ycie i to, czy Ignacy po偶yczy mu kolejne pieni膮dze ojca, oczywi艣cie na wieczne nieoddanie.
Mia艂 oto szans臋 zarobi膰 pieni膮dze sam, a czy uczciwie i czy aby na pewno w 艂atwy spos贸b, to ju偶 zupe艂nie inna sprawa.

***

– Niech b臋dzie pochwalony Jezus Chrystus. – Sk艂oni艂y si臋 r贸wnocze艣nie dziewcz臋ta w stron臋 matki prze艂o偶onej, wchodz膮cej do kaplicy, w kt贸rej odmawia艂y wieczorn膮 modlitw臋.
– Na wieki wiek贸w 鈥 odpar艂a. – Marleno, staw si臋 w moim biurze jutro z samego rana.
– Tak jest, matko prze艂o偶ona. – Dziewczyna cicho potwierdzi艂a, przyj臋cie polecenia.

Nie 艣mia艂a spogl膮da膰 nawet w oczy srogiej prze艂o偶onej. Wszystkie dziewcz臋ta czu艂y przed ni膮 respekt i 偶adna nie cieszy艂aby si臋 na rozmow臋 na osobno艣ci. Z tego te偶 powodu i sama Marlena poczu艂a w brzuchu nerwowy w臋ze艂ek. To by艂y nerwy, ale i podekscytowanie tym, co czu艂a, 偶e mo偶e us艂ysze膰.
Matka prze艂o偶ona wzywa艂a dziewcz臋ta w nielicznych tylko przypadkach.
Rzadkim by艂o, by kt贸ra艣 z艂ama艂a zasady rz膮dz膮ce w klasztorze, a to by艂 jeden z powod贸w.
Drugim, by艂a wizyta kogo艣 z rodziny. Trzecim natomiast zapowied藕 opuszczenia klasztoru.
Marlena nie 艂ama艂a regulaminu klasztornego, tak wi臋c nie obawia艂a si臋 zrugania przez prze艂o偶on膮.
Rodziny nie mia艂a, wi臋c nie mia艂 jej kto odwiedza膰. Z tego zreszt膮 powodu znalaz艂a si臋 w klasztorze i cieszy艂a r贸wnie偶, 偶e nie w domu samotnych dzieci.
Pozostawa艂a opcja trzecia.

Wieczorem nie potrafi艂a usn膮膰. Cz臋艣膰 kole偶anek patrzy艂a na ni膮 ze strachem i by艂y to te spo艣r贸d dziewcz膮t, kt贸re nie wyobra偶a艂y sobie 偶ycia poza murami klasztoru. One ju偶 teraz wiedzia艂y, 偶e z艂o偶膮 wkr贸tce 艣luby i pozostan膮 tutaj na zawsze.
Taki plan nie by艂 jednak spe艂nieniem marze艅 Marleny. Ona nie wyobra偶a艂a sobie kolejnych lat w tym miejscu, za jedyn膮 rozrywk臋 maj膮c odchwaszczanie przyklasztornego warzywniaka, czy te偶 pomoc w kuchni, czy pralni. To nie dla niej ta monotonia. Ona pragn臋艂a uniesie艅 i poryw贸w serca.

Jak mawia jednak stare przys艂owie, zwa偶 o co prosisz. Nie bez powodu przekl臋ciem czyjego艣 偶ywota jest 偶yczenie mu, by 偶y艂 w ciekawszych czasach.
Marlena nie wiedzia艂a co j膮 czeka i o co prosi.

– Marleno. – Matka prze艂o偶ona splot艂a starannie palce d艂oni, a te u艂o偶y艂a na g艂adkiej powierzchni biurka, przy kt贸rym siedzia艂a.

Ogromna kobieta postur膮 i charyzm膮. Onie艣miela艂a, ale jawi艂a si臋 wszem wok贸艂, jako stateczne i twarde w pogl膮dach drzewo. Nigdy nie reagowa艂a pochopnie, nie oceni艂a niesprawiedliwie i nie chwia艂a si臋 duchem, czy emocjami swymi.

– Jak wi臋kszo艣膰 moich podopiecznych trafi艂a艣 tutaj b臋d膮c dzieckiem. Cz臋艣膰 spo艣r贸d tych dziewcz膮t pozostanie w murach klasztoru, ale obie wiemy, a ty z pewno艣ci膮 potwierdzisz fakt, 偶e nie jest to miejsce dla ciebie.

Marlena dygn臋艂a lekko, potwierdzaj膮c przypuszczenia matki prze艂o偶onej.

– Marleno, sp贸jrz na mnie 鈥 powiedzia艂a z naciskiem, w wyniku czego dziewczyna poczu艂a uk艂ucie strachu, lecz pos艂usznie podnios艂a wzrok na surowe oblicze. – Poproszono mnie o dziewcz臋 inteligentne, bystre, sprytne i czyste duchem. Wskaza艂am na ciebie, gdy偶 wyda艂a艣 mi si臋 najbli偶sza tym wymogom. – Zrobi艂a pauz臋 pozwalaj膮c, by si艂a s艂贸w dotar艂a do dziewczyny. – Je艣li zechcesz, zostaniesz tutaj. Je艣li jednak zdecydujesz si臋 opu艣ci膰 bezpieczne mury klasztoru, zamieszkasz u bogatych ludzi i rozpoczniesz u nich s艂u偶b臋. Nie b臋dzie powrotu tutaj. Decyduj wi臋c.

I zdecydowa艂a Marlena rado艣nie wewn膮trz cia艂a i umys艂u, spok贸j zachowuj膮c zewn臋trznie.
Jeszcze tego dnia spakowa艂a skromny dobytek, na kt贸ry to sk艂ada艂y si臋 sukienka koloru szarego i szorstka w dotyku, ksi膮偶eczka pe艂na modlitw i komplet bielizny na zmian臋.
Nie zasmuca艂o to dziewczyny. Ona czu艂a na m艂odej i g艂adkiej twarzy powiew nowo艣ci i zmian, kt贸re mia艂y nadej艣膰. Nie obawia艂a si臋 tych zmian, lecz ich wyczekiwa艂a. Wreszcie mia艂o si臋 co艣 odmieni膰 w jej monotonnym i przewidywalnym 偶yciu.
Wsiad艂a do onie艣mielaj膮cego j膮 po艂yskiem czerni samochodu, w kt贸rym na tylnym siedzeniu czeka艂a na ni膮 elegancka kobieta.

– Witaj dziecko. – Wyci膮gn臋艂a w kierunku Marleny wypiel臋gnowan膮 d艂o艅. – Zapraszam ci臋. – Poklepa艂a sk贸r臋 kanapy obok siebie. – Poznajmy si臋 i pozw贸l, bym przedstawi艂a ci plan, jaki ma obj膮膰 twoje 偶ycie. Oczywi艣cie pod warunkiem, 偶e si臋 zgodzisz.

Marlena usiad艂a, a w艂a艣ciwie skromnie przysiad艂a na brzegu wygodnego siedzenia, 艂膮cz膮c kolana i nakrywaj膮c je d艂o艅mi. Proste plecy, nienachalne spojrzenie. Wszystko tak, jak uczono j膮 w klasztorze od dzieci臋cych lat.
Przepych otaczaj膮cy j膮 w poje藕dzie, w jakim dot膮d nie tylko nie siedzia艂a, ale nie wiedzia艂a nawet o istnieniu tak ozdobnych wystrojem samochod贸w, onie艣miela艂 j膮 i przytyka艂 oddech, nape艂niaj膮c zachwytem. Rozgl膮da艂a si臋, lecz czyni艂a to w dyskretny spos贸b i tylko sp艂oni艂a si臋 w momencie, w kt贸rym napotka艂a rozbawione spojrzenie kierowcy, odbite we wstecznym lusterku. Rozbawione i nasycone czym艣 jeszcze. Zachwytem?

Marlena nie pozna艂a dot膮d 偶adnego m臋偶czyzny, tote偶 nie mog艂a poprawnie zinterpretowa膰 tego, co zobaczy艂a w oczach szofera. Nie zna艂a po偶膮dania i pragnienia by posi膮艣膰 to, co podoba si臋 oczom. Czego chcia艂oby si臋 skosztowa膰 mimo, i偶 ukryte zosta艂o w zgrzebnych ubraniach i zas艂oni臋te chust膮.
Pukle w艂os贸w wij膮ce si臋 wok贸艂 zarumienionej zdrowo twarzy i b艂臋kit zaciekawionych oczu m贸g艂 obiecywa膰 jedno 鈥 偶ywio艂owe zachowania w innej sytuacji, bardziej intymnej i obdartej z odzienia. Wytrawne, m臋skie oko potrafi艂o wy艂awia膰 takie w艂a艣nie jednostki. Ognista kochanka – takim materia艂em mu si臋 jawi艂a. Mo偶e nie od razu, ale na pewno w efekcie stara艅 i zabieg贸w.

– To, co chc臋 ci zaproponowa膰, moja droga, mo偶e ci臋 zaskoczy膰, a nawet zszokowa膰 sw膮 艣mia艂o艣ci膮. – Delikatnie zacz臋艂a pani Ludwika. – Chc臋 jednak, by艣 pozwoli艂a mi przedstawi膰 sobie m贸j plan, czy mo偶e raczej ofert臋 i aby艣 si臋 z tym wszystkim przespa艂a. Daj szans臋, bym powiedzia艂a ci wszystko i by tre艣膰 tego mog艂a do ciebie dotrze膰. – Kontynuowa艂a spokojnie. – Mo偶esz si臋 w pierwszym odruchu oburzy膰, mo偶e wystraszy膰, ale prosz臋, by艣 postara艂a si臋 zapanowa膰 nad tym. To b臋dzie wymaga艂o od ciebie sporo wysi艂ku, lecz szansa jak膮 dzi臋ki temu przed tob膮 postawi臋 jest czym艣, co niewielu si臋 zdarza. – M贸wi艂a tajemniczo. – Obiecaj mi tylko, 偶e pozwolisz mi powiedzie膰 wszystko i przemy艣lisz to. Dobrze?
– Obiecuj臋 鈥 wyszepta艂a przez zaci艣ni臋te z emocji gard艂o Marlena.
– Je艣li mimo wszystko odrzucisz m膮 propozycj臋 i postanowisz powr贸ci膰 do klasztoru, to mam przyrzeczenie matki prze艂o偶onej, 偶e jego drzwi pozostan膮 dla ciebie otwarte. – Uspokoi艂a tymi s艂owy Marlen臋, daj膮c szans臋 ucieczki w razie zagro偶enia. – Szczeg贸艂y przedstawi臋 ci jutro. Dzi艣 musisz si臋 wyspa膰, zje艣膰 co艣 i och艂on膮膰 pewnie. Zatrzymamy si臋 w hotelu i jedynym twym obowi膮zkiem dzi艣, b臋dzie wypocz膮膰.

Marlena skin臋艂a tylko g艂ow膮, pozwalaj膮c sobie zaj膮膰 wygodniejsz膮 pozycj臋 i opieraj膮c si臋 o mi臋kkie oparcie siedzenia.
Reszta drogi przebieg艂a w milczeniu i tylko rozgl膮da艂a si臋 po wn臋trzu samochodu, rejestruj膮c pi臋kno pojazdu, jego wyko艅cze艅.
Hotel, pod kt贸ry zajechali wieczorem, zachwyci艂 j膮 jednak po stokro膰 bardziej. Gdyby szofer nie otworzy艂 przed ni膮 drzwi i nie poda艂 pomocnego ramienia, nie wysiad艂aby. Zosta艂aby w ma艂o uroczej pozie z rozdziawion膮 buzi膮 i oczami rozszerzonymi niemym zachwytem.
Pozwoli艂a sobie pom贸c w opuszczeniu pojazdu i wesz艂a w rz臋si艣cie roz艣wietlony hol. Odprowadza艂y j膮 spojrzenia. Jedne pe艂ne by艂y zachwytu i podziwu dla pi臋kna, kt贸rego nie oszpeci艂o nawet ohydne odzienie. Drugie zazdro艣ci艂y i z艂o艣ci艂y si臋 widz膮c co艣 tak niedo艣cignionego w swym pi臋knie. Te drugie nale偶a艂y wy艂膮cznie do kobiet.
Marlena nie widzia艂a jednak cudzych spojrze艅. Ona ch艂on臋艂a nowe.
Wkracza艂a oto w histori臋, kt贸rej nie wymy艣li艂by jej umys艂 nawet w snach.

Poznaj ca艂膮 histori臋

Znajdziesz mnie te偶 na Legimi i Empik

Ten post ma 7 komentarzy

  1. Jopis

    Monika, a co z Psycholem 3 tomem? Stan臋艂o chyba na 4 cz臋艣ci ponad miesi膮c temu

    1. Monika Liga

      Wszystko wr贸ci 馃檪 Posz艂o do zmian i rozpisania. JU偶 nied艂ugo ruszam z publikacj膮 pierwszych cz臋艣ci :*
      EDIT:
      Kolejny to (trzeci) nie b臋dzie publikowany tak, jak poprzednie, czyli w ca艂o艣ci tutaj.

      1. Jopis

        Ju偶 si臋 ba艂am, 偶e nie wr贸ci. Tak mnie wci膮gn臋艂a ta historia. 2 poprzednie tomy poch艂on臋艂am i ten trzeci zacz臋艂am i nagle znikn膮艂.

    1. Monika Liga

      馃檪

  2. Go艣膰

    Monika, kiedy uraczysz nas czym艣 innym, ni偶 odgrzewane kotlety? Mo偶e powinna艣 si臋 zapisa膰 na jakie艣 warsztaty literackie, bo robisz mn贸stwo g艂upich b艂臋d贸w stylistycznych, 偶eby nie powiedzie膰 – grafoma艅skich: „Zacisn膮艂 palce na czerni”.

    1. Monika Liga

      Podpisujesz si臋 jako go艣膰, ale zachwoujesz si臋 tak chamsko, 偶e odruchem jest pokazanie Ci drzwi wyj艣ciowych (czytaj – opuszczenie mojej strony). I szczerze, to nie mam ochoty raczy膰 Ci臋 czymkolwiek. Do niewidzenia!
      Ten tekst jest po profesjonalnej korekcie i redakcji w wydawnictie. I to tyle.
      Nie masz 艣mia艂o艣ci 偶eby si臋 przedstawi膰, to zachwoaj dla siebie takie teksty.
      Bez odbioru.

Dodaj komentarz