Psychol. Karma – cz. 5

Rozdział 5

Zadomowienie się

– Marta? – Piotr cicho podszedł do łóżka.

Widział, że dziewczyna śpi, bo blask księżyca oświetlał jej spokojną sylwetkę. Była naga, nie miała na sobie ani jednej części odzieży. Plecy pokrywały jedynie plastry i opatrunki, a poniżej pięknie zaokrąglały się pośladki.

Piotr chciał się cicho wycofać, wyjść z sypialni, ale wtedy usłyszał jej jęk. Był pełen cierpienia i bólu. Jedynym słowem, jakie odróżnił, było „nie”. Krzyknęła, by znów umilknąć. Obróciła się na bok i wtedy zobaczył, że prześcieradło w miejscu, w którym chwilę wcześniej miała twarz, było mokre. Dziewczyna płakała nadal, a jej ciałem wstrząsały dreszcze.

Piotr stał nad nią, czując z jednej strony zachwyt, bo oto miał ją nagą, piękną i na wyciągnięcie ręki. Widział jednak, że cierpi i zwyczajnie nie miał pojęcia, co powinien zrobić w takiej sytuacji.

Napłynęła smutna myśl, że gdy on sam płakał jako dziecko w ciemności, był pozostawiony sobie, by w samotności poradzić sobie z emocjami. Natarło na niego wspomnienie strachu, który czuł, gdy leżał w wannie, otaczała go ciemność i smród. Śmierdziały niedomyte sanitariaty i stary koc, którym otulał drobne ciałko. I miś, którego matka przyniosła mu kiedyś w prezencie. Była pijana i pewnie znalazła starą zabawkę po drodze w śmieciach. Dla niego był to wtedy wspaniały prezent. Jedyny, jaki pamiętał i ważny w chwilach strachu, czy głodu, który przez lata mieszkania z nią towarzyszył mu nieustannie.

W tym momencie zadziałał odruch, może instynkt, który kazał mu się położyć obok Marty. Mimo jej nagości, której pragnął i niedopowiedzeń, których masa zawisła między nimi od ponownego spotkania w karetce pogotowia. Wtedy się po prostu ciszyli. Nie było słów, które wyraziłyby to, co czuł, gdy ją odzyskał. Śmiali się niczym dzieci, którym dano szansę na powrót do czegoś, z czym zdążyli się już pożegnać.

Teraz usiadł na materacu, po czym położył się twarzą do Marty. Odgarnął włosy, których pasma przykleiły się do mokrych od łez policzków. Widział grymas, jaki na chwilę zawitał na jej twarzy i to, jak podciągnęła kolana, kuląc przy tym ramiona. Wyglądała, jakby walczyła z kimś, czy raczej osłaniała się przed napastnikiem.

Czy przeżywa moment, gdy ja ją porwałem? Czy Maks? A może chwilę, gdy po raz trzeci uwięziono ją w opuszczonej bazie wojskowej? – Zastanawiał się, wiodąc palcem po jej wargach w momencie, gdy wciągnęła gwałtownie powietrze i wydała z siebie nieartykułowany odgłos.

– Marta – mówił do niej łagodnie, powtarzając jej imię. – Marta, wszystko jest dobrze. Marta, to tylko sen.

Uspokoiła się, nie budząc się. Ponownie obróciła się twarzą w dół, zarzucając mu ramię na brzuch. Z pozoru niewinna czynność, w Piotrze rozeszła się jednak ogniem w miejscu, w którym skóra dotykała skóry. Starał się nie podniecić, ale im dłużej o tym myślał, tym mocniejszy ogarniał go płomień. Postanowił to jednak przetrzymać i nie budzić jej, ale też nie zostawiać samej. Nie robił sobie nadziei na uśnięcie i postanowił po prostu poleżeć przy Marcie na wypadek, gdyby znów zaatakował ją koszmar.

Masz prawo mieć wszystkie koszmary świata – pomyślał, przymykając oczy i starając się skupić na oddechu, a zarazem zignorować bliskość dziewczyny, do której czuł tak wiele i wciąż nie potrafił nazwać tej gmatwaniny emocji. – A wszystko przeze mnie. Co z tego? Nie cofnąłbym czasu nawet gdybym mógł. Nie chciałbym.

***

Marcel otrzymał zgodę na odwiedziny rekonwalescentki już dnia następnego. Postanowił przygotować dom na jej przyjęcie. Sam zajmował parter z czysto praktycznych względów. Tak mu było wygodnie, bo to na parterze znajdowała się kuchnia. Łazienka na piętrze była duża i przypominała bardziej salon kąpielowy. Marcel nie używał jej, bo było to pomieszczenie, które Ewelina zaadoptowała na pokój zabaw kąpielowych córki. Wtedy Marcel nie miał do niego wstępu. Poprawka, teoretycznie mógł z niego korzystać, ale w praktyce czuł się w tym pomieszczeniu jak intruz. Poza tym widział zdegustowany wzrok Eweliny każdorazowo, gdy przestawił cokolwiek w tej właśnie łazience. Wanna z bąbelkami, jak zwykła mówić w czasach, gdy planowali odnowienie łazienki, zawalona była zabawkami małej. Na podłogach suszyły się pompowane maskotki i nawet na parapetach leżały klocki i wodoodporne książeczki. Do pewnego momentu myślał, że to etap przejściowy, ale po jakimś czasie stało się jasne, że rozpad pożycia małżeńskiego wybija się na plan pierwszy. Nieważna stała się wanna, porządek w niej, w końcu i sypialnia. Ta druga była dla Marcela ważniejsza, a brak bliskości w seksie bolesny.

Teraz pomyślał, że Natasza może chcieć zamieszkać na pierwszym piętrze. W końcu to kobieta więc może lubić takie wygody. Zreflektował się jednak szybko, bo przecież może mieć problem w chodzeniu po schodach. Przynajmniej przez jakiś czas, nim wydobrzeje.

Wieczór spędził w ciemnym salonie przy szklaneczce piwa bezalkoholowego. Postanowił wytrzeźwieć, by nie chuchać jej przetrawionym alkoholem.

Wiedział, że zaproponowanie Nataszy kwatery i pracy było dosyć spontaniczne, jeśli nie szalone. Na początku oszukiwał siebie, że to przez podszept dobrej części natury. Szybko porzucił złudzenia, że to odruch serca. Wiedział, co jest powodem i to przez dopuszczenie tej myśli do świadomości bał się konsekwencji własnej decyzji.

– Wraca karma – mówił w ciemność, przyglądając się białej obręczy księżyca.

Była pełnia, więc jego idealny okrąg oświetlał zarówno taras, ogród, jak i część salonu. Przez uchylone drzwi wpadało rześkie powietrze i Marcel czuł, że tej nocy będzie miał problem z uśnięciem.

***

– Chcę mieć dzidziusia! – Ania oblekła twarz w dobrze znaną mu minę.

Zaciśnięte usta i zmrużone oczy mogły zwiastować jedno – obrazi się na niego, nie będzie się odzywać i nie dopuści do siebie. Damian uwielbiał jej młode, jędrne ciało. Bezwstydność, gdy ubrana zazwyczaj w majtki i koszulkę gotowała mu obiad, sprzątała dom, czy siedziała z nim przed telewizorem. Nie zamierzał jej tego zabraniać, bo chciał ją taką oglądać. To z tego powodu kupił dom na skraju lasu. Brzegowy szeregowiec, z ogrodem obsadzonym wysokim żywopłotem. Gdy szukał takiego miejsca, to właśnie to szczególnie rzuciło mu się w oczy. Najbliżsi i dalsi sąsiedzi praktycznie nie poświęcali sobie uwagi. Jakby każdy chciał zachować maksymalną anonimowość. Agentka nieruchomości zwróciła mu na to uwagę tyle, że mówiła o tym jak o wadzie. Nie zdawała sobie sprawy, że dla niego to jedna z największych zalet. Szybko podpisał umowę przedsprzedaży, a miesiąc później odebrał klucze do budynku. Urządzenie go trwało ledwie trzy tygodnie. Po tym czasie mieszkali już w jej wymarzonym domu. Tyle o nim mówiła, tak często marzyła na głos.

Niestety sielanka trwała do czasu, gdy Ani włączył się kolejny poziom pragnień życiowych – chciała mieć dziecko, a najlepiej dwoje. Damian nie chciał dzieci, bo bał się tego, co ich posiadanie z sobą niesie. To z tego powodu poddał się podwiązaniu nasieniowodów. Zrobił to w tajemnicy przed Anią i czasami czuł się winny, okłamując ją.

– To zróbmy sobie dzidziusia – odpowiedział z uśmiechem, wiedząc, co czeka go za chwilę.

Nie było odpowiedzi, ale szybkie pozbycie się z ubrań, które Ania rzuciła niedbale na podłogę, po czym opadła przed nim na kolana i z zapałem zaczęła mu rozpinać rozporek. Stał w garażu obok auta, brama wjazdowa nie była opuszczona i gdyby ktoś wszedł na podwórze, pewnie zobaczyłby ich w akcji.

– O tak – jęknął, opierając się o boczne drzwi. – Anuś!

Patrzył, jak z zapałem połyka go, biorąc głęboko w usta. Patrzy w górę, zaglądając mu w oczy i sprawdzając, czy jest zadowolony z jej zabiegów. Uwielbiał w niej to, że godziła się na wszystko. Nie musiał się obawiać jej niechęci czy odrzucenia. Przyjmowała życie i jego takim, jakim był, nie żądając zmian. Wplótł jej palce we włosy i przyciągnął do podbrzusza. Widział, że wbija się w nią głęboko. Tak bardzo, że po kilkunastu sekundach oczy zaszły jej łzami i zrobiła się czerwona na twarzy z wysiłku. Puścił ją, Ania cofnęła się, biorąc haust powietrza, ocierając usta z nitek śliny.

– Wstań – pociągnął ją do góry.

Wstała bez ociągania. Nie pytała co robić, poddawała się jego woli. Oparła dłonie na masce auta i wypięła się do niego pupą.

– Taka śliczna – mruczał, pocierając penisa.

Chciała jego spermy, ale będzie musiała poczekać. Trudno, to on tutaj rządzi. Splunął, celując śliną na czubek penisa.

– Nie, proszę – spojrzała błagalnie przez ramię, ale nie śmiała się poruszyć i uciec od niego.

Wiedziała, co chce jej zrobić, ale stała posłusznie.

– Cicho! – warknął, rozwierając jej pośladki.

Zamilkła i nie poruszyła się nawet wtedy, gdy naparł penisem na jej odbyt. Tego chciał, takiej zabawy pragnął w tym momencie. Jęknęła i słyszał, że cicho płacze. Lubił to w niej, ten bierny opór i to, że spełniała jego seksualne zachcianki.

Tak, nie wpuszczaj mnie! – myślał, naciskając na zaciśnięty zwieracz. – Niech boli! Mnie zaboli, więc ciebie tym bardziej.

Drżała na całym ciele, ale trwała w niezmienionej poddańczej pozie z wypiętymi pośladkami.

– Taka piękna i cała moja! – szeptał, czując, jak ustępuje pod jego naporem. – Uwielbiam pierdolić cię w dupę. – Centymetr po centymetrze zagłębiał się w niej. – Moja mała dziewczynka – jęknął, wchodząc do końca. – Taka ciasna i słodka.

Po tych słowach objął ją w pasie i zaczął pieprzyć. Mocno, ostro, tak jak lubił.

Popołudniowe słońce chyliło się ku zachodowi i tylko odgłos uderzających o siebie ciał i cichutkich, pełnych bólu pojękiwań, kontrastował z ciszą okolicy.

KUP CAŁOŚĆ

Poprzednie tomy "Psychola"

Znajdziesz mnie też na Legimi i Empik​​
 

Dodaj komentarz