Wakacyjny epizod cz. 1

Epilog

Uderzyła w taflę wody, wpadając w jej toń bez krztyny gracji. Machnęła dłońmi i nogami, woda zamknęła się nad nią i widziała, jak zmienia się jej kolor. Im głębiej zanurzała się w toń, tym jej kolor stawał się bardziej zielony, przesłaniając blask popołudniowego słońca. Próbowała wydostać się na powierzchnię, by nabrać haust życiodajnego powietrza, aby się ratować. Niestety straciła orientację i jedynie niezdarnie się szamotała.

Nie rozumiała, co się stało! Przecież jeszcze chwilę temu siedziała na pomoście i chłodziła w wodzie stopy. Rozmawiała z nim i słuchała słów o tym, jak bardzo ją kocha! Miał z nią być, żyć, dzielić codzienność. Po raz pierwszy czuła, że jej życie ma sens, bo coś dla kogoś znaczy! Wreszcie może je zaplanować na rok, może nawet dwa naprzód. Dotąd żyła z dnia na dzień, wykonując nieciekawą pracę i spotykając mężczyzn, z którymi nie powinna się wiązać. Z poprzednim partnerem nie tworzyła dobranej pary i dopiero przy obecnym to zrozumiała. Seks z nim oszołomił ją i walnął, niczym grom. Pod jego rozpalonym spojrzeniem topniała i zmieniała się w ogień, gdy jej dotykał. Seks z nim zmienił ją.

Zaczęła pracować ramionami, zagarniając wodę pod siebie i płynąc ku światłu. Udało jej się, głowa znalazła się ponad wodą, usta nabrały haust upragnionego powietrza. Kaszlała, by wypluć wodę, która dostała się do ust i mrugała gwałtownie, by pokonać szczypanie oczu.

Chciała i musiała walczyć. Teraz już nie tylko dla siebie, ale i dla dziecka, które rosło pod jej sercem. Gdy dowiedziała się o ciąży, była przerażona. Nie nadawała się na matkę, była za młoda i tak niewiele dotąd korzystała z życia! W pierwszym odruchu chciała usunąć ciążę i wydało jej się to najrozsądniejszym wyjściem, ale to jego słowa utwierdziły ją, że dadzą radę. Miał coś wymyślić, by mogli wspólnie wychowywać dziecko. Przekonywał ją, że zapewni jej dostatnie życie, a ona uwierzyła mu. Pewnie przez to, jak patrzył na nią, zapewniając o uczuciu.

Dziecko! Będę matką! – krzyczało jej w głowie. – Muszę o nie walczyć! Uratować nas! – To napędzało jej desperacką walkę o życie.

I wtedy jej wzrok padł na wykrzywioną twarz. Oczy płonęły nienawiścią, usta zacisnęły się w wąską, brzydką, pełną zaciętości linię. Zapatrzyła się w tą złość i pewnie dlatego nie zareagowała, gdy spadał na nią kolejny cios. W ostatnim momencie otworzyła usta, by krzyknąć, ale wtedy wiosło spadło na jej głowę, uderzając w nią z impetem. Nie zareagowała, lecz straciła przytomność. Umysł wyłączył się, zostały tylko odruchy. I one miały za chwilę ustać, gdy płuca zamiast powietrzem, zaczęły się wypełniać wodą. Uderzenie serca i kolejne, w końcu i ono straciło rytm. Nie miało dla kogo bić, a istotka w jej brzuchu była jeszcze taka malutka.

Tafla wody uspokajała się i już tylko delikatne fale wygładzały się, gdy ciało młodej kobiety tonęło w ciszy. Ptaki jakby wyczuły, że dzieje się coś niedobrego. Ucichły, oddając hołd życiu, które nie powinno tak szybko zgasnąć. Po chwili świat ruszył do przodu, ptactwo w koronach drzew i w zaroślach wróciło do ptasich rozmów, bo przecież śmierć jest częścią życia. Nawet tak gwałtowna i niespodziewana.

Rozdział 1

Rozstanie

– Ale jak to koniec z nami?! – Grzesiek wbijał we mnie zszokowany wzrok.

Rzygać mi się chciało, bo byłam zmuszona odwzajemnić maślane spojrzenie jego brązowych, dosyć ładnych oczu. Barani wzrok wywoływał we mnie wyrzuty sumienia, mimo to nie zamierzałam cofnąć wypowiedzianych słów.

– Nie pasujemy do siebie. – Postanowiłam podejść go w miarę łagodnie, widząc zaszklone, pełne łez oczy. – Zasługujesz na kogoś lepszego.

Mówiąc to czułam, jak skręca mi się żołądek. Nie cierpię tak ckliwych tekstów rodem z komedii romantycznych, których swoją drogą absolutnie nie trawię.

– Ja się nie nadaję do stałych związków. Jeszcze do tego nie dojrzałam. – Gorączkowo myślałam jak ująć sprawę na tyle zgrabnie, by nie brać na siebie zbyt wiele winy za niepowodzenie związku. – Ty potrzebujesz kogoś, kto będzie cię kochał.

– Ale ja cię kocham! – prawie wykrzyknął, w efekcie chłopak siedzący przy sąsiednim stoliku obrócił się i zaczął nam się bezwstydnie przyglądać. – Kocham cię, Iza!

No kurwa! To mnie zaskoczył! A byłam pewna, że skupi się na sensie ostatniego wypowiedzianego przeze mnie zdania!

Miłość? Że mnie kocha? Kogo tak naprawdę kocha? Mnie, czy swoje wyobrażenie o mnie?

Wobec tego „argumentu” czułam niestety kompletną bezradność. No bo co można powiedzieć w tej sytuacji? „Nieprawda, nie kochasz mnie?”. Tak naprawdę to nie wiedziałam, czy Grzesiek był zakochany. Może się jednak myliłam, a on rzeczywiście obdarzył mnie głębszym uczuciem? Możliwe, że poza wizją codzienności i wspólnego mieszkania, zakupami w sobotę i niedzielnymi wypadami w plener, Grzesiek wiązał ze mną i długofalowe plany?

Siedzieliśmy w osiedlowej kawiarence. Niewielkiej, z kilkoma stolikami we wnętrzu i całą masą leżaków i drewnianych skrzynek zaadoptowanych na stoły, na zewnątrz. Pogoda kusiła, byśmy zajęli miejsca na dworze. Szum wysokich osiedlowych topól i radosny świergot ptaków w koronach drzew jednak zbytnio kontrastował z tym, co miałam zamiar oznajmić Grześkowi. Wybrałam więc zaciszny stolik w środku lokalu, w rogu pomieszczenia. Głównie po to, by móc się oddzielić od Grześka meblem i zachować dystans w momencie, gdy będę z nim zrywała. Nie miałam pewności jak zareaguje, lecz był to lepszy pomysł, niż rozmowa w mieszkaniu. Tam mógłby rwać szaty na piersiach i zanieść się szlochem, bądź paść na podłogę i wierzgać nogami niczym dziecko. W lokalu raczej tego nie zrobi. Jeśli nawet, to po prostu wyjdę i udam, że nie znam gościa.

– Odpocznijmy od siebie przez wakacje, a później czas pokarze. – Cofnęłam dłonie, którymi dotąd obejmowałam szklankę z lemoniadą. Ułożyłam je na kolanach pod stołem. Zdążyłam, nim chwycił za nie. – Tak będzie najlepiej dla nas obojga.

Powtarzałam sobie, że ani on mnie, ani ja jego nie kocham tak naprawdę. Jesteśmy ze sobą z przyzwyczajenia, może z nudów! Powtarzałam to sobie, widząc jego spojrzenie, którego nie powstydziłby się kot ze Shreka.

Nie interesowałam się wcześniej mężczyznami, a Grzesiek „przytrafił się” od tak. Właściwie to się przypałętał. Wiem, to nie brzmi dobrze, ale tak właśnie było! Przyszedł jako klient do klubu fitness, w którym pracuję w recepcji. Mało wymagające zajęcie, które ostatnimi czasy umilałam sobie obserwowaniem Emila i Magdy – pary, której kibicowałam od dawna. Przystojniakowi rodem z magazynów dla pań i zwyczajnej dziewczynie, która postanowiła nie dać mu dupy. Czyli inaczej, niż wszystkie poprzednie lale, których dziesiątki Emil przepuścił przez swoje łóżko. Chociaż, kto wie, kto tu kogo przepuszczał? I czy doszli do łóżka, bo może załatwiali sprawę seksu w samochodzie? Nie moja sprawa. Teraz miałam swój problem, a ten siedział ze szklącym się wzrokiem, który wlepiał we mnie błagalnie.

Swoją drogą zastanawiające, że Grzesikowi wydaje się, że takim zachowaniem coś wskóra? Niby co? Zmiękczy moje serce, myśląc że się zlituję i pozwolę do siebie wrócić? I o czym to świadczy? Że Grzesiek traktuje mnie poważnie, jak facet kobietę, czy może niczym rozpuszczony synalek swoją matkę. Wydaje mu się że łzami co wymoże? Przecież nie litość, bo chyba nie sądzi, że kobieta może dawać dupę z litości! A może i może tylko ja tego nie wiem?

Z Emilem i Magdą sprawa wyglądała inaczej. Emil nie umiałby wykrzesać z siebie nawet dziesięciu procent takiej mazgai, jak Grzesiek. Przyglądałam się najpierw podchodom Emila do dziewczyny i jego byłej kochanki do niego samego. Ta robiła wszystko, byle nie pozwolić mu odejść, by usidlić go, odsuwając chłopaka od Magdy. Trzymałam kciuki za dziewczynę, bo zwyczajnie wierzę w prawdziwą miłość. Uczucie, którego – teraz byłam już tego absolutnie pewna – nie czuję do Grześka.

Jeszcze kilka tygodni temu myślałam, że może poza lubieniem go, poczuję coś więcej po jakimś czasie. Kto wie, może go nawet pokocham? Nic takiego się niestety nie wydarzyło. Po dwóch miesiącach zaczął mnie tak bardzo drażnić, że ledwie powstrzymywałam złośliwe docinki w ciągu dnia, gdy to na przykład w kuchni wkładał kubek do zmywarki i udawał, że nie wie, że należy go włożyć do góry nogami, bo inaczej naczynie nie będzie umyte. Albo wieczorem, gdy przez pięć minut wygładzał i naciągał prześcieradło na materac, jakby każde najmniejsze zagięcie miało spowodować, że nie uśnie, lub będą mu się śniły koszmary.

Najgorsze jednak było to, że zaczął mnie odpychać fizycznie. Nie brzydził, ale przestałam czuć cokolwiek podczas seksu. No może czułam mały wstręt, gdy jego szczoteczka do zębów, jej włosie, dotykało włosków na mojej szczoteczce. W sumie to chyba jednak wstręt fizyczny, bo od stykających się szczoteczek do pocałunku, to nawet mniej, niż centymetr. To zaważyło, więc podjęłam decyzję o rozstaniu.

– Ale to znaczy, że chcesz jechać beze mnie na wakacje? – Grzesiek ewidentnie nie przyjmował do wiadomości informacji o zerwaniu. – Masz kogoś?

No ja jebie! Co za barani łeb z niego! Aż mnie skręcało, by mu powiedzieć, że tak, mam kochanka z gigantycznym przyrodzeniem, mercedesem i mnóstwem kasy, którą chce na mnie wydać. Niedobrze, bo skoro aktywował we mnie aż taką wredotę, to znaczyło, że nie ma czego ratować, bo nie można budować niczego trwałego na zgliszczach i tekturowym fundamencie.

– Mam pracę. – Traciłam cierpliwość, a mimo to starałam się nie pokazać tego po sobie. – Wyjeżdżam do niej.

– Dokąd? – zapytał szybko, po czym nie czekając na odpowiedź dodał – Mógłbym jechać z tobą i dotrzymać ci towarzystwa!

– Będę wychowawcą kolonijnym dzieci. – Odpowiedź wyskoczyła ze mnie w momencie, gdy wzrok mój padł na matkę z dzieckiem, które ta wiozła w wózku. Dziecko darło się wniebogłosy, a kobieta nie zwracała na to zbytniej uwagi. – Kilkulatków.

To było perfidne, ale pamiętałam, że Grzesiek nie cierpi dzieci i hałasu, jaki one robią. Niekontrolowany grymas wykrzywił mu twarz. Wiedziałam, że celnie trafiłam z wymyślonym naprędce kłamstwem.

– To chociaż pozwól mi się odprowadzić na pociąg i odwiedzić na miejscu.

Co za uparty osioł! – warczałam w myślach, ledwie nad sobą panując.

– Jedziemy autokarem – brnęłam w kłamstwa pamiętając, jak kiedyś Grzesiek wzbraniał się przed wycieczką do Krakowa tylko dlatego, że musielibyśmy jechać właśnie autokarem.

– Nalegam.

No i co tu powiedzieć?

Westchnęłam, widząc, że jeszcze ten jeden raz muszę baranowi ustąpić. Dla świętego spokoju i dla tego, że nie umiałam naprędce wymyślić kolejnego zniechęcającego go kłamstwa. Przypuszczałam też, że podanie godziny drugiej w nocy, jako pory odjazdu autokaru nie zmieni niczego. Obawiałam się, że zapętlę się w kłamstwa, a akurat w ściemnianiu nigdy nie byłam zbyt dobra.

– Ok – mruknęłam zdając sobie sprawę z faktu, że i tak zapędziłam się w kozi róg.

Teraz będę musiała znaleźć pracę wychowawcy kolonijnego. I w sumie, czemu nie? Na myśl o takiej odmianie, a przy okazji nabiciu punktów na studiach pedagogicznych dzięki praktyce, aż uśmiechnęłam się do swoich myśli. Nadchodzą wakacje, Darek da mi urlop, a ten wykorzystam nie na nieodpoczywanie, ale pracę. Przy okazji uwolnię się od Grześka i przemyślę wszystko z dala od codzienności. Może być ciekawie, a i trochę dodatkowego grosza się przyda.

Kurde, najgorsze, że nie miałam się komu wygadać, przemielić tematu, a może i wyżalić. Monika, przyjaciółka wyjechała do pracy za granicę i zapowiedziała powrót dopiero za pół roku. Była tak zajęta, że mimo, iż obiecała dzwonić wieczorami, ledwie wysłała smsa, że pada na twarz i zadzwoni, gdy się wyśpi. Nie dzwoniła, więc wyglądało na to, że nie wysypiała się wcale. Nie chciałam zawracać jej głowy.

Wieczorem z kieliszkiem wina włączyłam laptop i zaczęłam przeglądać oferty pracy. Na pulpicie w folderze o nazwie „WORK” zapisałam kilka skrótów do stron z ofertami, po czym załączyłam ulubiony serial – usypiacz. Usnęłam, nim akcja odcinka rozkręciła się na dobre.

Kup poprzedni tom pt. "Worek treningowy"! Ebook kupisz u mnie w sklepie, ale możesz też czytać na Legimi i w EmpikGo

Dodaj komentarz