Zakazana TOM 2 cz. 1

Na dobry Nowy Rok 2023 nowa powieść! Powstała jakiś czas temu i wiem, że bardzo się podobała. Obecnie poprawiam ją i jak to z moimi poprawkami, rozpisuję historię. 

To drugi tom serii ZAKAZANA MIŁOŚĆ, w której głównym motywem jest różnica wieku między głównymi bohaterami. 

„Zakazana miłość – Kasia”.

Starszy mężczyzna i młoda, niedoświadczona dziewczyna. Ona z patologicznej rodziny, walcząca o przejęcie praw do opieki nad młodszymi braćmi. On zamożny samotnik, nie szukający miłości „na poważnie”.
Czy różnica wieku i bagaż doświadczeń pozwoli im być razem? Które z nich bardziej dziwi to, co dzieje się między nimi?

Rozdział 1

Szare życie

Siedzę na łóżku, w ciemnym pokoju. Znów wyłączyli nam prąd. Nic nowego.

Mój ojciec to zachlaj morda, a matka okoliczna dziwka. Do kompletu ja i młodsze rodzeństwo wychowujące się prawie samopas.

Poprawka! Byłoby tak, gdyby nie fakt, że już jako dziesięciolatka przejęłam obowiązki matki i pilnowałam maluchów.

Najmłodszy Antek ma siedem lat, jest wątły i nieśmiały. Teraz leży za mną na starym, zdezelowanym łóżku. Zza ściany dobiega bełkotliwy krzyk ojca i jazgot wtórującej mu matki. Pieprzona patologia, do której, chcąc nie chcąc, też należymy.

Materac śmierdzi moczem. Nie dziwota. W końcu został przyniesiony ze śmietnika i niestety, mimo starań nie udało mi się wywabić tego odoru. Ojciec musiał nas na czymś położyć, więc przyniósł tę „zdobycz” z odzysku. Pamiętam, jaki był z siebie dumny, że taki jest zaradny.

Nie raz, nie mogąc spać i wpatrując się w sufit, zastanawiałam się, czy nie spał na nim człowiek, który na nim umarł. Może ktoś starszy, zaniedbany i opuszczony. Świadczyłyby o tym szare plamy na burym materiale. Może dałoby się je sprać, gdybyśmy mieli ogródek, albo chociaż balkon i mogłabym w słońcu i na świeżym powietrzu wybawić je pianą z proszku do prania.

Proszek do prania? Ech. Nie kupowałam takich drogich rzeczy, bo nie miałam na nie pieniędzy. Podkradałam go po kilka łyżeczek od szkolnej woźnej tak, by nic nie zauważyła. W składziku na szczotki, do którego wejście znajdowało się w ubikacji dla dziewczyn, stał duży karton z proszkiem. Gdy podczas lekcji byłam pewna, że w toalecie nie ma nikogo, a woźnej w pobliżu, wyciągałam puste opakowanie po jajku niespodziance, które nosiłam w kieszeni na tą okazję i nabierałam tyle proszku, ile weszło do plastikowych półkul po zabawce. Do składziku wsuwałam tylko ramię, wpychałam dłoń w karton z proszkiem i zamykałam plastik jajka niespodzianki, a w nim trochę pachnącej chemii. Tyle nam starczayo i nie próbowałam ukraść więcej.

Gdyby nie Kacperek, malutki człowieczek opasający mnie teraz z tyłu ramionami i drżący ze strachu przed pierdoloną rzeczywistością, dawno bym już stąd zwiała, zostawiając cały ten syf daleko za sobą.

Nie potrafię już słuchać bulgotu zapijaczonego głosu ojca, krzyków w pokoju obok i ciągłych przekleństw, stanowiących tło naszego życia. Smród przepitego oddechu, kwasów żołądkowych trawiących jedynie wódę, lub jej tańsze substytuty i odór fajek. Najtańszych i najbardziej śmierdzących.

Patrzę na ścianę przede mną z wystającym z niej łysym kablem. Nie ma w nim prądu, bo nikt za prąd nie zapłacił. Nie ma lampy, bo została zdjęta i wymieniona na flaszkę. W lodówce nic się nie zepsuje, bo jak zwykle jest pusta i hula w niej przysłowiowy wiatr. Pozostali bracia wolą siedzieć na dworze, lub u kolegów, bo tam przynajmniej jest spokój i można się napić gorącej herbaty.

Herbata z cukrem i z cytryną. Takie zwykłe marzenie, a w moim popierdolonym domu tak nieosiągalne.

Dlaczego urodziłam się właśnie w tej pojebanej rzeczywistości?!

Arka i Tomka odchowałam, na tyle, na ile umiałam. Wycierałam im nosy i tuliłam zapłakanych, gdy ojciec wpadał na nich całym ciężarem, bo pomylił po pijaku pokoje. Uwalał się na nich w ubraniu, by przespać w alkoholowym amoku kawałek swojego bezsensownego życia.

Jako dziesięciolatka przebierałam zasikane nocą pidżamy i podkładałam ręczniki, koce, cokolwiek suchego, by mogli pospać do rana. To ja z nimi chodziłam do przychodni, gdy chorowali i kłamałam mówiąc, że mama nie może się zwolnić z pracy. Wyglądało na to, że pani doktor nie wierzyła w moje kłamstwa, ale nie drążyła i nie próbowała wzywać rodziców. Szła nam na rękę, przepisując najtańsze leki. Czasami część wykupowaliśmy. Gdyby nie ona, nie mielibyśmy pewnie szczepień.

Matka w tym czasie pieprzyła się z nowymi kolegami, piła z nimi i bawiła się w obcych mieszkaniach. Modliłam się, by nie zaszła znów w ciążę, ale jej nalane i opuchnięte zatruciem alkoholowym ciało straciło już widać płodność, a może rozwaliła po prostu system hormonalny. Od dawna nie widziałam w łazience, czy w koszu na śmieci zużytych podpasek, więc tak pewnie było. I chwała Bogu!

Nasze mieszkanie było zimne, w nim czwórka głodnych i wystraszonych dzieci, ciemność bez prądu i niedopełnione obowiązki. Nic jej do nas nie przyciągało, wybrała rozrywkę z kolegami. Nie raz zastanawiałam się, po co takiej zdzirze dzieci. Po co ich tyle narobiła. Odpowiedź przyszła z wiekiem. Ona nie panowała nad robieniem nas. Robiła to za nią wóda i aż dziw bierze, że żadne z nas nie miało fizycznych, czy psychicznych ułomności.

Kacperek, malutki i niedożywiony chłopczyk stał się celem, dla którego od dawna parłam na przód, organizując swoje życie tak, by zastąpić mu matkę.

Matkę sukę, wydająca czwórkę dzieci na świat, opuszczającą je w momencie porodu.

Nie! To jest obraza dla suk. Żadna suka nie porzuca swoich młodych.

Nasza matka trzymała nas dla dopłat socjalnych do życia. Żyła z nas i tym dla niej byliśmy od urodzenia. Źródłem dochodu i utrzymania. Żadnego karmienia piersią, przewijania i przytulania wieczorem. Chowaliśmy się sami, a właściwie starsze dzieci, pilnowały młodszych i to one uczyły je higieny, kładły spać i pomagały w szkole. Jakimś cudem żadne z nas nie umarło w nocy, nie zakrztusiło się wymiocinami i nie zamarzło w wyziębionym mieszkaniu, gdy stara balowała u kolejnego fagasa, a ojciec dogorywał na kanapie, nie rejestrując otaczającego świata.

Ja jestem pierwszym dzieckiem i to na mnie od prawie osiemnastu lat spoczywał obowiązek opieki nad braćmi. Matkę mamy jedną, ilu ojców? Nie wiadomo. Oby żadnym nie był ten, wpisany w dokumenty.

Kacperek usnął golutki i skulony na brudnym materacu. Okryłam go starym kocem i patrzyłam na jego spokojną buźkę. Jeszcze kilka miesięcy i wystąpię o prawo do opieki nad nim. Pozostali bracia nauczyli się już, jak radzić sobie w miejskiej dżungli, ale to małe dzieciątko potrzebuje jeszcze dużo czasu. W tym zimnym, pijackim domu może się jedynie popsuć. Wyrośnie z niego alkoholik podobny do ojca, kombinator szukający jedynie kasy na zachlanie, lub złodziej. Na ćpanie nie będzie go stać, ale drogę ku autodestrukcji znajdzie w tym otoczeniu na pewno.

Nie pozwolę na to! Urodziłam się jako pierwsza po to, by mu pokazać, że życie może być jaśniejsze niż to, które ma w tej norze.

Jeszcze tylko kilka miesięcy.

Poszłam umyć się w zimnej, wypełniającej bojler wodzie, mydląc dłonie resztką skamieniałego mydła.

To ukradzione z podajnika w markecie kończyło się już, a czymś przecież muszę raz w tygodniu umyć włosy. Śmierdzieć nie zamierzałam, jakoś sobie musiałam radzić. Kosmetyków nie mam, a kraść nie zamierzałam. Prędzej czy później zostałabym złapana. Nie to, że chciałam być święta. O nie! Ja się po prostu nie narażałam, a równocześnie pilnowałam i wymagałam pod przysięgą tego samego od Tomka i Arka. To był nasz układ, nagrodą była wizja mieszkania we czwórkę w innym mieszkaniu. Osiągnę pełnoletniość i zawiniemy się z tej meliny.

Teraz usypiając postanowiłam, że rano wstaję wcześniej. Wyskoczę do osiedlowego sklepiku po kilka plasterków sera i chleb, by chłopcy mieli kanapki do szkoły. Jeśli będę miała szczęście, to właścicielka sprzeda mi trochę przesuszonej wędliny, lub pasztet w niższej cenie. Dobrze, że chociaż ciepły obiad w szkole mamy zapewniony. Po takim posiłku udaje się jakoś okłamać głód do następnego dnia.

Najdziwniejsze jest to, że cała nasza czwórka uczy się wręcz wybitnie. Wygląda na to, że matka miała nosa do dobrych genów naszych ojców. Dzięki temu mieliśmy świadectwa z paskiem i przyznano nam stypendia szkolne. Niby niewiele, ale dla nas to by ratunek i sposób na zapewnienie sobie kanapek do szkoły. Przygotowywałam je w pośpiechu w domowej kuchni, gdy tymczasem któryś z chłopców stał na straży, pilnując, czy któreś z rodziców nie postanowiło wstać. Gdyby weszli do kuchni w momencie, gdy składniki leżą rozłożone na blacie, stałaby się rzecz oczywista. Po pierwsze zjedzono by nam te niewielkie porcje, a po drugie wydałoby się, że dysponujemy jakimikolwiek pieniędzmi. Żadne z nich nie zastanawiało się, jakim cudem jeszcze żyjemy, ale z całą pewnością momentalnie połączyliby fakty i zażądali każdej złotówki.

Zrobiliśmy schowek w jednym z materacy. Gdzieś tych kilkaset złotych musieliśmy chować. Owinięte w koszulkę, zwinięte w kłębek i wciśnięte pod gąbkę materaca tuż za suwakiem. To ja dysponowałam tymi skromnymi środkami, planując codzienne zakupy spożywcze. Czasami udało się jeszcze kupić któremuś z chłopaków jakiś skromny drobiazg. Żadne nie marzyło nawet o PSP, telewizji, czy komputerze. Takie zbytki pozostawały poza sferą pragnień. Naczelną potrzebą było zaspokojenie głodu fizycznego, a jedynym luksusem stał się lód na patyku raz w tygodniu, tuż po mszy w kościele.

Z zazdrością patrzyliśmy na rodziny, które w komplecie przychodziły na kazanie. Widziałam ból w oczach starszych braci, gdy ojcowie kładli swoim synom dłoń na ramieniu, pochylali się ku nim i coś podczas mszy tłumaczyli, lub po prostu uśmiechali się do nich z miłością. Mnie bolało serce na widok matek i córek, dumnie kroczących obok nich. I te czyste, lśniące włosy, płaszczyki i spódniczki, nowe buty. Ech.

O nowych ciuchach nawet nie marzyłam. Miałam ich mało, lecz o nie dbałam. Udało mi się tego samego nauczyć chłopaków. Czasami sąsiadka, starsza i samotna pani, zapraszała nas do siebie na herbatę i ciasto i pozwalała obejrzeć coś w telewizji. To były te przyjemne chwile, ale uczyłam chłopaków, że nie wolno im tego nadużywać i czasami trzeba odmówić. Musieliśmy być samowystarczalni, zaradni i trzymać się razem. Wiedzieliśmy, że jedynym źródłem utrzymania są dla nas stypendia, więc uczyliśmy się codziennie do momentu, gdy światło dzienne było wystarczające do czytania. Każda ocena poniżej piątki była zagrożeniem dla puli na jedzenie, a jeść musieliśmy.

Żyjemy z dnia na dzień, to wiem. Wiem również że wiek, w którym osiągnę pełnoletność będzie w naszym życiu przełomem. Jeszcze tylko kilka miesięcy.

Dodaj komentarz