Zakazana TOM 2 cz. 2

Rozdział 2

Odliczanie

Dzień płynie za dniem. Niedługo moja osiemnastka.

Nie mam kasy na studia, za to posiadam trzech braci i każdy z nich jest ode mnie zależny. Cholera, niezłe obciążenie psychiczne, jak dla nieletniej!

Mam jednak Kacperka, który beze mnie zgnije w tym melinowatym domu i wyląduje w domu dziecka, lub będzie żył w brudzie, głodzie i wiecznym strachu. Nie ma mowy! Nie pozwolę na to!

Urodziliśmy się w bagnie, ale oto nadchodził czas na wyciągnięcie się z niego, nawet przy pomocy źdźbeł trawy, które porastają jego obrzeża. Jeśli zebrać je w garść, istniała szansa, że wytrzymają i posłużą, jak ratunkowa lina. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Starszawa sąsiadka stwierdziła kiedyś, że nasz los tak się potoczył, bo takie jest życie i nic nie poradzisz. Gówno prawda! Każdy może pokierować swoim losem, tylko czasami bardziej mu trzeba mu w tym pomóc. Od pomagania trzem moim braciom byłam ja i nie zamierzałam się przeciwko temu buntować. Czułam, że tak właśnie powinnam postąpić i kochałam ich, choć nie powiem, czasami mnie wkurzali. Mimo to, w porównaniu z innymi wielodzietnymi rodzinami, my jako rodzeństwo trzymaliśmy się razem. Nie raz miałam wrażenie, że jedno za drugie skoczyłoby w ogień. Po części z miłości, a częściowo przez świadomość, że bez tego znacznie zmniejszyłyby się nasze szanse na przetrwanie.

Dwie klatki dalej mieszka pani Stenia, do której od lat chodzimy ze słoikiem po żurek. W każdą sobotę idziemy z Kacperkiem do sklepu po kawałek tłustej kiełbasy i ziemniaki, a w drodze powrotnej po słoik gęstego żuru. Za piętnaście złotych udaje mi się w ten sposób ugotować pożywną zupę na dwa dni. Robię to o określonej godzinie, gdy matki już nie ma, a ojciec jeszcze nie wróci domu. Później wietrzę kuchnię z zapachów gotowania i chowam gorący i pełny gar zupy do szafy. Tam owijam go kocami, dzięki czemu mamy ciepłe i syte jedzenie. Czasami jemy zimny żurek, bo lepiej nie ryzykować, że któreś z rodziców nakryje nas na odgrzewaniu jedzenia. Arek wymyślił udogodnienie i od jakiegoś czasu, na sznurku przywiązana za uszko, pływa w zupie filiżanka i to nią popijamy żur.

Kiedyś nie zdążyłam schować zupy przed ojcem, a ten pijany, przypiął się do gara i zjadł nam wszystko, bo, jak to ładnie ujął, to jego dom i ma do tego prawo. Gdyby nie inna sąsiadka i jej litościwe serce, musielibyśmy wytrwać te dwa dni o bułce na głowę z czymś, co akurat znalazłabym w markecie na półce z przecenionymi produktami spożywczymi.

Tak, od dłuższego czasu każdą złotówkę obracałam w dłoni dwa razy, nim ją wydałam.

Najmilszym dniem tygodnia jest niedziela, gdy po kościelnej mszy spędzamy czas we czwórkę. W ciepłe dni chodzimy do lasu, lub nad rzekę i tam chłopaki mogą być beztroskimi dziećmi. Gorzej jest podczas chłodnych, czy deszczowych dni. Kiedyś poszliśmy do centrum handlowego ogrzać się i to był jedyny raz. Nie popełniłam więcej tego błędu. Zbyt wiele wokoło dóbr, których posiąść nie mogliśmy koliło nas w oczy.

Pani Steniu. – Zagadnęłam sąsiadkę, odkręcając słoik i podając go, w jej zniszczone pracą ręce. – Potrzebuję pracy, ale takiej z umową.

Co się stało dziecko? – Poczciwe spojrzenie szarych oczu, okolonych uśmiechniętymi zmarszczkami momentalnie skupiło się na mnie.

Pani wie, jak u nas jest. – Klapnęłam na kuchenny taborecik maleńkiej, ale słonecznej kuchni. – Muszę się wyrwać z domu, ale nie mogę bez pracy.

Wiem dziecko. – Kobieta patrzyła na mnie ciepło.

No i muszę zabrać Kacpra, bo go zniszczą.

Jest taka jedna praca. – Pani Stenia wycierała powoli obrzeże słoika ścierką, którą zawsze miała zatkniętą za pasek spódnicy. – Ale to ciężka praca. Wielki dom do sprzątania, trzeba gotować, robić zakupy.

Sprzątania się nie boję, gotować się nauczę, a zakupy to żaden problem! – Zapaliłam się do pomysłu.

Kacperek, siedzący w pokoiku obok przed telewizorem, przybiegł zaciekawiony i wdrapał mi się na kolana.

Dowiem się, czy to jeszcze aktualne. – Zmarszczyła w zamyśleniu brwi. – Tylko dziecko, to bardzo wymagający człowiek i kilka gospodyń zrezygnowało już z tej posady. Złośnik ponoć straszny i awanturnik! Znam jedną z tych kobiet i mówiła, że ciężko tam, Jedna nawet nazwała go chamem bez serca!

Pani Steniu. – Uśmiechnęłam się, obejmując małego ramionami. – Ciężko mu będzie przebić w tym naszego ojca.

No tak – przyznała z westchnieniem. – Dobrze Kasiu, zapytam. Przyjdź w poniedziałek popołudniu.

Będę! – Nie umiałam ukryć radości, przez co omal nie zrzuciłam pełnego cennego żuru słoika, ze stołu. – Dziękuję!

Położyłam zwyczajowe dwa złote, które było bardziej podziękowaniem, niż zapłatą za gęsty zaczyn i pobiegliśmy z Kacperkiem do domu. Musiałam zdążyć z gotowaniem przed powrotem ojca.

Bracia czekali już przed blokiem. Mieliśmy już stały rytuał sobotniego gotowania.

Arek siedział na ławce, przy wejściu na podwórze, z którego wchodziło się do naszej klatki. Tomek czekał przed drzwiami bloku, mając Arka w zasięgu wzroku. Gdyby ten pierwszy zobaczył naszego zapijaczonego ojca, miał dać znać Tomkowi, a sam zagadywać go jakoś, dając nam czas na szybkie wietrzenie kuchni, samemu narażając się na bluzgi, czy nawet próby uderzenia go. Na szczęście koordynacja zachlanego starego, wykluczała celność. Jak na razie szło nam dobrze i poza pamiętną pojedynczą wpadką, nie zostaliśmy nakryci.

Następnego dnia siedzieliśmy nad rzeką, na grubym, spranym ręczniku. Każdy trzymał swój słój z gotowym żurkiem, z kawałkami wygotowanej, pysznej kiełbasy. Oczywiście musiałam bacznie pilnować, by każdemu przypadło po równo, bo te kwadraciki kiełbasy były najważniejszym składnikiem posiłku dla każdego z chłopców.

Chłopaki, muszę iść do pracy – westchnęłam, odkładając na trawę pusty słoik.

Wszyscy zamarli, wlepiając we mnie oczy.

Skończą się pieniądze z mojego marnego stypendium, a jeść musicie – wyliczałam. – No i ubrać się na zimę – ciągnęłam dalej. – Chcę też wyrwać starym Kacpra i jeśli mi się uda, to zabrać go z tego porąbanego domu.

Arek i Tomek patrzyli na malucha, który skupił się właśnie na biedronce, chodzącej mu po palcu.

Masz rację, Kaśka. – Starszy Tomek, przytaknął ze spokojem. – My sobie damy radę, on nie.

I tyle było rozmowy na ten temat. Wiedziałam jednak, że obaj czują nadciągające zmiany i choć bali się ich, to równocześnie byli świadomi tego, że każda zmiana będzie lepsza niż to, co jest naszą codziennością obecnie.

W poniedziałek czekałam na koniec lekcji, po czym pognałam do pani Steni. Byłam podekscytowana i pełna nadziei.

Sąsiadki jeszcze nie było w domu, więc pobiegłam po Kacpra i dziesięć minut później z nim koczowałam pod drzwiami sąsiadki.

Kacperek potrafił zająć się sobą w każdych okolicznościach. Nie marudził, że jest nudno i właśnie bawił się kurzem na parapecie, nucąc coś pod noskiem. Rozczulał mnie każdorazowo tym, że mimo ogromu złą, jakiego doświadczył ze strony rodziców, wciąż był pogodny i uśmiechnięty. Miałam nadzieję, że to po części moja zasługa, co dodatkowo motywowało mnie w chwilach, gdy miałam dosyć swojego losu.

Po przeszło godzinie, pani Stenia rozkołysanym krokiem wdrapała się na drugie piętro.

Zerwałam się, by pomóc jej z wniesieniem ciężkich siatek z zakupami.

Święci pańscy – wysapała, szukając klucza w torbie przewieszonej na ramieniu. – Ile to teraz leki kosztują! Pół emerytury na to idzie!

Pytała pani o pracę? – Nie potrafiłam powstrzymać pytania. – Wie pani już coś?

Chodźcie dzieci. – Uśmiechnęła się ciepło. – Napijecie się herbatki, zjecie ciasteczka.

Na słowo „ciasteczka” Kacprowi zaświeciły się oczy.

Weszliśmy za nią do środka. Czułam rozedrganie w żołądku i miałam ochotę krzyknąć, by nie trzymała mnie w niepewności.

W kuchni seniorka nastawiła czajnik z wodą, sięgnęła do szafki po kubki i talerzyk, na który wysypała herbatniki. Usiadła przy stoliczku i z westchnieniem ulgi oparła na nim ramiona.

Byłam i praca jest. – Patrzyła na mnie z uśmiechem. – Widziałam się dzisiaj rano na mszy z Aldoną i ona cię umówi z tym człowiekiem. Przyjdź jutro po szkole, a teraz jedz ciasteczka.

Kacperek napychał właśnie nimi buzię. Takie rarytasy jadł tylko od wielkiego dzwonu, więc go nie ganiłam za łapczywość. Ja natomiast czułam mdłości ze zdenerwowania i nie przełknęłabym ani kęsa.

Będę jutro. – Głos mi się łamał z podekscytowania. – Dziękuję pani bardzo!

Nie ma za co, dziecko. – Wzięła ciasteczko z talerza, po czym ugryzła kawałek. – Jeszcze mnie za to przeklniesz, kochaniutka.

 

Dodaj komentarz